Monday, Sep 25th

Last update07:01:47 AM GMT

You are here Felieton ACTA, czyli o psie tropicielu i psie Pawłowa

ACTA, czyli o psie tropicielu i psie Pawłowa

Email Drukuj PDF

- To nas jest aż tylu?! - pytali po koszalińskiej demonstracji przeciwko ACTA, ci nieliczni, którzy na co dzień angażują się w obronę wolności słowa w Koszalinie. Dotąd cierpieliśmy na syndrom rozbitka na bezludnej wyspie, licząc swoje siły na palcach jednej ręki. Pamiętam, że kiedy uruchamialiśmy portal koszalin7.pl, tworząc m.in. dział "Wolne słowo", mówiono nam, że zatrzymaliśmy się na etapie stanu wojennego. Kiedy skrzyknęliśmy się w malutką koszalińską grupkę sympatyków Stowarzyszenia Wolnego Słowa, mówiono nam, że popadamy w kombatanctwo i że wszystkie pociągi II wojny światowej już dawno zostały wysadzone. Kiedy przeciwstawialiśmy się sławetnemu artykułowi 212 kodeksu karnego, nazywanego "pyskówkowym", wprowadzającego kary więzienia za słowo, mówiono nam, że nawołujemy do łamania prawa. Kiedy przystępowaliśmy do ogólnopolskiej akcji "Wykreśl 212 KK", wmawiano nam, że zawarliśmy pakt z lewactwem, którym rzekomo pachnie jeden z inicjatorów akcji - Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

A ile bojów trzeba było stoczyć, żeby poskromić hordy naszych koszalińskich internetowych zamordystów, zarówno tych ochotniczych, jak i instytucjonalnych, działających na polityczne zlecenie. Gotowych wyśledzić, zdemaskować, zidentyfikować, donieść gdzie trzeba. Ileż kosztowało nas przeciwstawianie się "ałtorytetom", często z naukowymi tytułami, którzy piętnowali prawo do prywatności w Internecie, nie rozumiejąc, a raczej nie chcąc rozumieć, że anonimowość, choć zdarza się, że jest nadużywana, jest jednak gwarantem wolności słowa. Jak bardzo byliśmy według naszych krytyków "przeczuleni", kiedy monitorowaliśmy zagrożenia dla Internetu ze strony partii i polityków, urzędników, a nawet tych, którzy powinni być heroldami wolności słowa w społeczeństwie (Biurokraci łapy precz od Internetu!). A jakiej to ciężkiej obrazy dopuściliśmy się poddając krytyce te tabuny tzw. rzeczników prasowych urzędów i instytucji, często byłych dziennikarzy, teraz tępych urzędników, w rzeczywistości cenzorów, dokonujących segregacji odbiorców informacji według kryteriów politycznych.

Te wszystkie nasze osamotnione działania napotykały na mur niezrozumienia. I naraz, ni stąd ni zowąd, pojawiają się w Koszalinie i wychodzą na ulice setki "obrońców wolności słowa". Mamy uwierzyć w ten cud? Skąd ta nagła erupcja ideałów w mieście, w którym od ponad 20 lat toczy się brutalna wojna o media, z wszechogarniającą cenzurą w tle, przy zupełnej bierności społeczeństwa? Czy na pewno chodzi o obronę wolności słowa? A może po prostu o coś bardziej banalnego, na przykład prawo do ściągania nielegalnych filmów z Internetu?

Pójdźmy dalej. Dlaczego młodzież nie protestuje przeciwko internetowym zamordystom znad Wisły i Dzierżęcinki, a nagle zaprotestowała przeciwko tym znad Potomaku? Dlaczego na co dzień nie dostrzega zagrożeń w Polsce, a naraz dostrzegła zagrożenia idące z USA, co by nie mówić, kraju, który jest ostoją demokracji i obrońcą demokratycznych wartości na świecie? Coś mi moja intuicja podpowiada, że w dziedzinie Internetu, lepsza dla nas będzie amerykańska regulacja globalna, niż rodzima regulacja "narodowa" w wykonaniu tutejszych prawodawców, pichcących ustawy na zamówienia grup interesu i potrafiących zmienić sens prawa za pomocą jednego przecinka.

Chciałbym wierzyć, że młodzi ludzie wyszli na ulicę, żeby bronić tej ostatniej przestrzeni wolności, jaką jest Internet. Że nie kierował nimi osobisty interes, ale potrzeba obrony zagrożonego dobra wspólnego. Że nie bronili partykularnych praw mniejszości, ale uniwersalnych praw większości. Że wyjście na ulice przeciwko zagrożonym wartościom, jest początkiem stawania się obywatelami i zaangażowaniem w kształtowanie swego państwa.

Jak mówi jeden z moich kolegów, są dwa typy reakcji - psa tropiciela i psa Pawłowa. Czas pokaże, do której z dwóch kategorii będzie można zaliczyć reakcję młodzieży na ACTA. Pies tropiciel nie odróżnia przestępcy od człowieka uczciwego, a jednak wyłapuje bandziorów, ale tylko dlatego, że ktoś wcześniej podał mu "trop". Pies Pawłowa nie potrzebuje tropu, potrzebuje bodźca i wówczas reaguje odruchowo, na zasadzie akcja-reakcja. Z wolnością słowa jest tak, jak z psem Pawłowa - nasze reakcje powinny być odruchowe, natychmiastowe, zawsze i wszędzie, bez zastanawiania się i kalkulowania, bez brania "poprawki" na sytuację, osobę, porę dnia, skalę poparcia. Jeśli wyrobimy w sobie ten alergiczny odruch społeczny na zagrożenia dla wolności słowa, będziemy wolni od nawyku psa tropiciela, który zauważa zło dopiero wtedy, kiedy ktoś poda mu trop, a więc niejako na żądanie. I wówczas też, polityczni zamordyści, rodzimi i zagraniczni, naprawdę zaczną się nas bać.

Andrzej Hozler

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież