Monday, Sep 25th

Last update07:01:47 AM GMT

You are here Felieton Siła tradycji czyli wędrujący czeladnicy w Koszalinie

Siła tradycji czyli wędrujący czeladnicy w Koszalinie

Email Drukuj PDF
Czeladnicy

Mogą sprawiać wrażenie bezdomnych, włóczęgów lub ekscentryków, ich strój kojarzy się ze postaciami z XIX-wiecznych obrazów, albo hobbitów z powieści Tolkiena. Są jednak jak najbardziej współczesnymi ludźmi, przepełnionymi młodzieńczymi ideałami i szanującymi stare tradycje swoich ojców.

Gesellen, czyli czeladnicy, którzy przed egzaminem mistrzowskim muszą udać się co najmniej na trzy "lata wędrówki" (Wanderjahre) to piękna tradycja europejskiego rzemiosła, sięgająca średniowiecza. Wywodzi się z miejskiej kultury cechowej i wędrujących cechów murarzy, budowniczych gotyckich katedr (Jak budowano katedrę). Wędrującymi czeladnikami byli m.in. Albrecht Dürer - wybitny malarz renesansu, Friedrich Ebert - pierwszy prezydent Republiki Weimarskiej, z zawodu siodlarz, czy Adam Opel - producent słynnych samochodów.

Na głowach czarne kapelusze, czasami cylindry lub meloniki, kamizelki, dwurzędowe marynarki z dużymi guzikami z masy perłowej, przeważnie czarne sztruksowe spodnie "dzwony", tłumoczki z dobytkiem przewieszone przez ramię na skórzanym pasku, tęgi kostur podróżny wyciosany w spiralny kształt. Bródka, czasami złoty kolczyk w uchu, przekłuwanym za pomocą... młotka i gwoździa, który miał być w razie nagłej śmierci zapłatą dla... grabarza. Każda część stroju ma swoją symbolikę, na przykład marynarka ma sześć guzików, co symbolizuje 6-dniowy tydzień pracy, zaś kamizelka 8 guzików, co oznacza 8-godzinny dzień pracy. Biała koszula, wzorowana na tradycyjnej koszuli cieśli, przylega do szyi i nie ma kołnierza, żeby nie wpadały za niego wióry. Kolor ubrania zależy od zawodu - czarny u cieśli, jasny - biały lub brązowy - dla murarzy i nie tylko.

Stefan Romecki z wędrownymi czeladnikami.

- Zauważyłem ich wczesnym rankiem, śpiących pod wiatą podwórkową - mówi koszaliński społecznik Stefan Romecki. - Pomyślałem, że to jakaś większa grupa bezdomnych i poszedłem przygotować im coś do jedzenia. Kiedy wróciłem zobaczyłem młodych ludzi mówiących po niemiecku, w dziwnych strojach. Początkowo myślałem, że to jakaś grupa teatralna.

Są murarzami, cieślami, stolarzami, dekarzami, hydraulikami. Dziś już nie ma wymogu "lat wędrówki", ale oni nie porzucają tradycji. Uczą się od innych, podpatrują techniki uprawiania zawodu, korzystają z doświadczeń swoich kolegów z innych krajów. Nie mają jakichkolwiek wymagań co do pożywienia, noclegu, pieniędzy. Dobrzy ludzie szybko dostrzegą w ich oczach ducha wolności i nie odmówią pomocy. Przy tym nie stronią od trunków, kochają piwo, które piją według określonego rytuału, śpiewając przy tym stare pieśni. Posiadają książki podróżne (Wanderbuch), które mają dokumentować przebytą trasę i służą do wbicia stempla urzędu miejskiego potwierdzającego obecność w odwiedzanym mieście.

W myśl zasady, że podróże kształcą, poznają świat i nabywają doświadczeń. Ich odyseja trwa 3 lata i jeden dzień, nie znają żadnych granic, spotkać ich można w Europie, ale i w Australii. Wędrują zarówno mężczyźni jak i kobiety, chociaż tych jest znacznie mniej. Nikt nie może przekroczyć 30 roku życia. W podróż zabierają 5 euro i z taką samą kwotą w kieszeni mają wrócić. Podróż ma służyć wyłącznie zdobyciu doświadczenia. Mają prowadzić uczciwe życie i pozostawiać po sobie porządek. Zarabiają na utrzymanie pracując u innych rzemieślników, korzystając z chwilowej gościny. Nie używają żadnych oznak nowoczesności, nie wolno im mieć telefonów komórkowych, ani zbliżyć się na odległość mniejszą niż 50 km od swej rodzinnej miejscowości. Nie mogą przerywać podróży, odwiedzać domu, chyba, że umarł ktoś z członków rodziny, jak mówią - udał się do wielkiego warsztatu w niebie.

W ciągu tygodnia przewinęło się przez Koszalin około 50 wędrujących czeladników, w tym trzy panie. Skład osobowy zmieniał się, jedni przyjeżdżali, inni odjeżdżali. Spotykali się w klubie "Graal", znanym między innymi z organizowanych tam śniadań świątecznych dla bezdomnych. Dwóch czeladników przyjechało aż z antypodów - Australii i Nowej Zelandii. Dlaczego spotkali się w Koszalinie? Prawdopodobnie dlatego, że jeden z nich pracował gdzieś pod Koszalinem przy budowie drewnianego domu mieszkalnego, do czego niezbędne były umiejętności ciesielskie. Spodobało mu się i zawezwał na pomoc innych wędrownych czeladników. Nie wiadomo jednak czy ta wersja jest prawdziwa, czeladnicy mają bowiem swój świat, symbole, język, gesty, zwyczaje i tajemnice, niedostępne dla osób niepowołanych.

- To wspaniali ludzie, z którymi zdążyłem się już zaprzyjaźnić mimo bariery językowej - mówi Stefan Romecki. - Namawiałem ich, żeby jeszcze raz przyjechali do Koszalina, ale odpowiedzieli, że jedno miasto mogą odwiedzić tylko raz. Może kiedyś zawitają do nas ich następcy? - zastanawia się. (zm)

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież